sobota, 11 marca 2017

Sala tortur czyli tarteletki z kremem cytrynowym i bezą włoską





















Jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Pokłady mojej cierpliwości i wyrozumiałości dla świata wydawały się niewyczerpalne.
Ale w czwartek mną zatrzęsło. W czwartek poczułam, że mroczna strona mojego trzymanego za mordę „ja” zaczyna torować sobie drogę ku wolności.
Gdyby nie ramki tzw „człowieka cywilizowanego” chyba toczyłabym pianę z pyska.
Jeśli nie pomaga herbata i przebieżka to znaczy, że jest groźnie.
Czy jest inna metoda rozładowania złych emocji niż ostrzenie kosy i odkurzanie granatów?
Jest. Wizyta w mojej prywatnej izbie tortur.
Codziennie otwieram szuflady kuchenne. Wiele razy. Otwieram, wyjmuję, zamykam, zapominam.
A one kryją przedmioty zaskakujące. Spróbowałam więc choć raz spojrzeć na zawartość moich kuchennych szuflad jak na obcy świat. Jak na mikroświat, który wymaga objaśnienia.
Pominę szufladę ze sztućcami, choć niektóre średnio przypominają te, którymi posługujemy się na co dzień. Ni to grabie, ni to kosa.
Dziś pochłonęła mnie szuflada z przedmiotami, na co dzień zupełnie niegroźnymi. Ale dziś też wszystko kojarzyło mi się z przemocą i odwetem.
„Łokieć meksykański”- czy coś o takiej nazwie może być przydatne w kuchni? Czy nie kojarzy się z „hiszpańskim butem”?
Hm, metoda działania jest podobna. Nawet już znalazłam kogoś, komu chętnie wyrafinowane użycie „łokcia” mogłabym zaprezentować.
Zaniepokojonych uspokajam, że łokieć wyciska sok z cytryny lub limonki. Żaden z członków nie jest zagrożony.
A teraz przyjrzyjmy się mezzalunie. Siekanie, rozdrabnianie, masakra po prostu. Jaka potrzebna przy zabawie z ziołami czy orzechami!
Poczciwy „dziadek do orzechów”? Już oczyma wyobraźni widzę biedne, poturbowane paluszki.
Pamiętacie Ewę Szykulską, prezentującą korkociąg jako narzędzie zniewolenia w Seksmisji?

No właśnie.
Kuchnia to niebezpieczne miejsce. Wyobraźnia ma tu pole do hasania.
Po godzinie przeglądania szafek i brania z lubością do ręki ostrzy i krawędzi moje emocje nieco opadły. Znów mogłam spojrzeć na życie z nadzieją. Jednak nie wszyscy powariowali.

Aby zamaskować moje nieodpowiednie zachowanie zamydlę wam oczy perfekcyjnymi tarteletkami z kremem cytrynowym i włoską bezą.










Tarteletki z kremem cytrynowym i bezą włoską


lemon curd:
2 jajka
2 żółtka
100 g cukru
70 g zimnego masła, pokrojonego na małe kawałki
3 cytryny (sok z 3, skórka starta z 2)

Na piecu stawiamy garnek z wodą do ¼ wysokości garnka. Włączamy ogień i zagotowujemy wodę.
W szklanej misce mieszamy ze sobą jajka i żółtka. Dosypujemy cukier. Mieszamy kilka sekund. Dodajemy sok i startą skórkę a na koniec pokrojone na kawałeczki masło. Miskę stawiamy na garnku z lekko gotującą się wodą. Mieszamy drewnianą łyżką aż całe masło się nie rozpuści. Potem drewnianą łyżkę zastępujemy trzepaczką. Nie ubijamy tylko mieszamy. Kremu nie trzeba napowietrzać. Mieszamy około 10 minut, dopóki krem się wyraźnie nie zagęści. Trzepaczka powinna w kremie zostawiać ślad. Wtedy zdejmujemy miskę z garnka. Nie przesadźcie z zagęszczaniem, żeby nie zrobić jajecznicy. Krem stygnąc, będzie dalej gęstniał.

Absolutnie genialne kruche ciasto:
(na 16 małych foremek o średnicy 7 cm)

170 g mąki pszennej
110 g zimnego masła
20 g drobnego cukru
szczypta soli
2 żółtka

Masło kroimy w kostkę i dorzucamy do mąki z solą. Rozcieramy szybko palcami. Wsypujemy cukier i rozmącone żółtka i miksujemy aż ciasto zlepi się z jeden kawałek.
Rozpłaszczamy ciasto i wkładamy do worka a potem na minimum godzinę do lodówki.
Po tym czasie wyjmujemy ciasto z lodówki i rozwałkowujemy na grubość około 2 milimetrów. Przekładamy do foremek, wyrównując brzegi.
Znów wstawiamy na pół godziny do lodówki.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni.
Schłodzone tarteletki przed pieczeniem dobrze jest obciążyć, by za bardzo nie wyrosły. W końcu musi się w nich jeszcze zmieścić co nieco.

Po latach prób z papierem do pieczenia przyszło na mnie olśnienie. Papier a to wystawał za bardzo, a to się przesuwał. Rozwiązaniem okazały się papierowe formy do muffinów.

Wkładamy do tarteletki z ciastem papierową formę, do niej sypiemy np. suchą soczewicę lub fasolę (są wielorazowego użytku) i tak wkładamy do piekarnika.
Po 10 minutach zdejmujemy bez problemu papierowe formy z zawartością a tarteletki dopiekamy jeszcze 8-10 minut.
Upieczone studzimy a wystudzone przechowujemy w zamkniętym pojemniku. Dzięki temu zachowają kruchość przez dłuższy czas.
Zapas takich ciasteczek jest gwarancją zrobienia perfekcyjnego deseru w czasie krótszym niż zaparzenie herbaty.

beza włoska:

2 białka
150 g drobnego cukru (130g + 20g)
40 ml wody

Na piecu stawiamy rondel z grubym dnem. Wsypujemy 130g cukru i wlewamy wodę. Obracamy rondlem by woda pokryła cukier. Włączmy ogień i rozpuszczamy cukier. Ogień ma być średni, nie chcemy spalić cukru w pierwszych minutach.
Rozpuszczony cukier gotujemy na niewielkim ogniu do osiągnięcia temperatury 118 stopni lub do tzw „hard ball” czyli kiedy kropla upuszczona na talerzyk nie rozlewa się i można ją kształtować w palcach.
Ja wiem, że to jest zniechęcające ale poczytajcie dalej*.
W czasie gdy cukier się powoli rozpuszcza ubijamy białka na sztywno.
Dosypujemy 20g pozostałego cukru i ubijamy jak bezę.
Kiedy cukier osiągnie odpowiednią temperaturę, zdejmujemy rondel z ognia i malutką strużką wlewamy cukier do ubijanych białek (wciąż ubijamy).
Po kolejnych 5-8 minutach powinniśmy mieć michę pięknie ubitej, sztywnej bezy włoskiej. Teraz trzeba ją wystudzić.
Wystudzona jest gotowa do użycia. Może być np. bazą do kremu do tortów. Trzeba ją wtedy połączyć z miękkim masłem.

*cukier mi się skarmelizował. Użyłam termometru cukierniczego i poniosłam klęskę. Machnęłam na to ręką i wlałam do smutnych kryształków cukru jakieś ćwierć szklanki wody. Nie ma takiego cukru, który się nie rozpuszcza w wodzie. Nie może być, żeby jakiś głupi cukier mnie pokonał.
Zagotowałam wodę z gulą cukru i cierpliwie mieszałam.
Rozpuścił się, gnojek, jak podejrzewałam bez problemu. Potem już było z górki. Gotowałam syrop cukrowy na niewielkim ogniu aż stał się zdecydowanie gęsty ale jeszcze nie zaczął zmieniać koloru.
I okazało się, że trafiłam w punkt. Beza udała się pierwszorzędnie.
Nie poddawajcie się od razu. Zawsze jest jakieś wyjście.

Miseczce mieszamy mascarpone z lemon curdem. Nakładamy do tarteletek.
Napełniamy rękaw cukierniczy bezą i wyciskamy na wierzch kremu cytrynowego. Małym palnikiem cukierniczym robimy czary mary i podajemy na stół ósmy cud świata.
Bez użycia miotacza ognia ciasteczka smakują równie dobrze. Zapewniam.





Smacznego

sobota, 25 lutego 2017

Na dobry humor i paskudną pogodę czyli czekoladowe ciasteczka z kajmakiem























Najpierw wiało, potem wyssało całe 8 stopni dość wątpliwego ciepła w powietrzu a rano okazało się, że jest biało.
Jaki człowiek naiwny. Tylko słońce w łaskawości swojej pogłaszcze nas po główkach, już nam się wydaje, że wiosna stoi za progiem. Może i stoi ale na pewno nie w mojej okolicy. U mnie dzisiaj leży i ledwo dycha.
Zamiast optymistycznego spaceru w celu wskrzeszenia romantycznych uniesień, zakopaliśmy się z MMŻ na kanapach i kontynuujemy obrastanie ochronnym tłuszczykiem.
Bardzo w tym pomocne są słodkości wszelakie.
W tej dziedzinie pobiłam w mijającym tygodniu wszelkie rekordy. I wcale tłusty czwartek nie był tu pretekstem.
Jakoś tak pod rękę nawijały się a to kakao, a to czekolada, a to kajmak. A drożdże to już po prostu mnie molestowały.
Poddałam się i przy pomocy ich i jeszcze kilku prowokatorów piekłam, mieszałam i przekładałam.
Powiecie, że będę tego żałować.
Już żałuję. Ale widać nie dość mocno bo na talerzu przed mną ciasto leży i czeka.
Moja dieta obiadowa dzisiaj będzie się składała tylko z zupy. Niezdrowo powiecie?
O tak, za to jak przyjemnie.
Może i was namówię na małe co nieco?
Kajmak, ciasteczka, czekolada; słyszycie jak to brzmi?
A jak smakuje!








Ciasteczka czekoladowe z kajmakiem

na 13-15 sztuk

55 g masła
130 g brązowego cukru
25 g kakao
50 g chipsów czekoladowych lub pokrojonej drobno czekolady
1 duże jajko
szczypta soli
130 g mąki
1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
oraz
kilka łyżek dulce leche czyli kajmaku

W rondelku topimy masło. Wsypujemy cukier i kakao. Mieszamy, zdejmujemy z pieca i studzimy.
W miseczce rozbijamy jajko i lekko je ubijamy. Dodajemy do mieszanki kakowo maślanej. Mieszamy.
Mąkę przesiewamy z sodą i solą. Wsypujemy do masy.
Mieszamy (jest ciężko) w miarę dokładnie.
Odkładamy ciasto na pół godziny do lodówki.
Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni.
Schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki.
Dzielimy na 13-15 porcji i formujemy kulki.
Rozpłaszczamy je w dłoni i do środka nakładamy łyżeczkę kajmaku. Zaklejamy ciasto (trochę jak przy robieniu pierogów). Starajmy się dobrze nadzienie schować, bo kajmak lubi się w piekarniku przypalić.
Kto lubi perwersję kulinarną niech posypie kulki z góry gruboziarnistą solą.
Wstawiamy blaszkę do piekarnika na 20 minut.
Upieczone wyjmujemy i studzimy.





Smacznego
P.S.
Zapomniałam, to z góry to cukier puder. Ta opcja wchodzi w grę, jeśli wcześniej nie posypaliście ciastek solą:)


czwartek, 23 lutego 2017

Pączki, margarita i przepis od rzeczy czyli sałatka z dynią i nasionami






















Wszystkiego najlepszego z okazji dnia margarity!

Odważylibyście się powiedzieć głośno i wyraźnie, że nie lubicie małych kotków?
Jeśli wciąż chcecie mieć znajomych, to lepiej nie ryzykujcie.
Ktoś pokazuje wam 643 filmik na youtubie roniąc łzy wzruszenia a wy liczycie od końca gwiazdy w gwiazdozbiorze Wega z pamięci dla uspokojenia morderczych myśli.
Mieliście tak kiedyś?.
Kotki są słodkieeee, kjuuuuud, łoooooo, i tak dalej.
No, są słodkie. Ale żeby z ich powodu zachowywać się jak... No właśnie...jak?
Nie jak dziecko, bo widziałam co dziecię ukochane z ogonkiem pluszakowym może zrobić. I na pewno nie jest to bezkresny zachwyt. Już raczej nieodparta ochota by zajrzeć do wnętrza.
Dzieci też lepiej w towarzystwie potraktować na zasadzie: im mniejszy bobas tym zachwyt większy. A dzieci brudzą, zakłócają ciszę, przeszkadzają i nieciekawie pachną.
Powiedzcie to głośno. Przy stole. Głośno i wyraźnie przy rodzicach takich małych „skarbów”.
Po ostatniej wizycie znajomych z „słodkim skarbem” okruchy ciastek wyjmuję z miejsc całkiem zaskakujących. I to po dwóch tygodniach. Dziecko potrafi.
Dobrze, że w końcu rośnie. I potem wpada w zachwyt nad kotkiem, świnką, puszystą kuleczką.
Poprawność towarzyska, poprawność społeczna, poprawność polityczna. Dziwne rozważania przy okazji pączków.
Bo o pączkach miał być wstęp.
A pączki lubicie czy może jecie dzisiaj bo tak wypada? No, tak z ręką na sercu.
Ja nie lubię pączków. I zjadłam dziś jednego. Czy to ze strachu przed, podobno czekającym mnie pechem, jeśli nie zjem choć malutkiego pączusia? Czy może z obawy przed znaczącymi spojrzeniami: „aha, znów się odchudza”.
Bo tak trzeba, bo się powinno, bo wypada, bo inni, bo tradycja....
MMŻ nie był dziś rano szczęśliwy. Policzył, że przyjdzie mu zjeść w pracy co najmniej cztery pączki. Dobrze, że nie zatrudnia tuzina kobiet, bo każda czułaby się w obowiązku przynieść torbę ciastek. I każda postawiłaby do kawy talerzyk z pączkiem. Nie trzeba być matematykiem, żeby się doliczyć 12 pączków w ciągu dnia.
Nikt normalny nie ładuje w siebie takiej porcji. Biedny MMŻ.
W nosie mam pączki. Wolę margaritę.
Dobrze, że niektóre dobre dusze czuwają i odkryły, że dziś jest jej dzień. I to nie lokalny a globalny.
Międzynarodowy dzień margarity!
Zapominam o pączkach ruszam na poszukiwanie tequilli.
Niech żyje margarita!

No tak, zapomniałbym o przepisie.
Nie będzie, jak się domyślacie, o pączkach. O margaricie też nie, choć mnie kusi.


Będzie o czymś lekkim i kolorowym, stojącym w opozycji do tego, co za oknem.
Ale narzekać na szarość będę kiedy indziej.


Dziś sałatka z dynią i nasionami.

  • mieszanka sałat ulubionych
  • 1 mała dynia, pokrojona w kawałki (na jeden kęs) i upieczona w piekarniku (tu przepis)
  • garść ulubionych ziaren:słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego czy orzechów, uprażone na suchej patelni
  • 1 mała cukinia pokrojona na cienkie plastry wzdłuż
  • garść ulubionych pomidorków
  • 1 nieduży ogórek, potraktowany jak cukinia
dressing:
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżka soku z pomarańczy
  • 2 szczypty otartej skórki z pomarańczy
  • 4 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka oleju z dyni
  • pół łyżeczki soli
  • 2 szczypty mielonego pieprzu

Na talerzu rozkładamy w składniki sałatki (oprócz nasion) w mniej lub bardziej artystyczny sposób.
W słoiczku miksujemy składniki dressingu.
Polewamy sałatkę sosem i posypujemy ziarnami.
Kto bardziej żarłoczny niech dorzuci do sałatki jakiś zacny kozi lub wędzony serek.
Smacznego




P.S.

Wszystkich miłośników słodkich filmików, rodziców przesłodkich bobasów, pączkożerców i innych, jeśli poczuli się dotknięci, serdecznie i szczerze przepraszam